O czym jest ta książka?

„The Mercy of Gods”, po polsku wydana jako „Łaska bogów”, to książka Jamesa S.A. Coreya. Warto od razu powiedzieć, że James S.A. Corey to pseudonim artystyczny dwóch pisarzy, którzy wspólnie napisali wcześniej cykl „The Expanse”, czyli po polsku „Ekspansję”.

Ja czytałem tę książkę po angielsku i sięgnąłem po nią właśnie dlatego, że „The Expanse” bardzo, bardzo mi się podobało. Pomyślałem więc, że skoro autorzy napisali coś nowego, to po prostu trzeba to przeczytać. I tutaj niestety trochę się rozczarowałem.

Sama książka to bardzo klasyczna space opera. Akcja dzieje się w odległej przyszłości, na planecie zasiedlonej przez ludzi, którzy tak naprawdę nie wiedzą, skąd pochodzą. Ludzkość straciła kontakt z Ziemią, a głównymi bohaterami są naukowcy — biolodzy — którzy próbują połączyć ludzką, ziemską biosferę z biosferą zastaną na tej planecie.

W pewnym momencie następuje atak hiperzaawansowanej cywilizacji obcych, którzy nazywają się Carryx. Podbijają ludzi właściwie w mgnieniu oka. Ich technologia jest tak bardzo rozwinięta, że ludzkość nie ma większych szans. Część ludzi zostaje od razu zabita, a część wywieziona do świata Carryxów, gdzie mają pracować jako niewolnicy i rozwiązywać dla nich różne zadania.

I tak właściwie zaczyna się ta książka. Śledzimy losy grupy bohaterów, głównie naukowców, którzy próbują odnaleźć się w tej nowej, skrajnie trudnej sytuacji. Od początku wiemy też, że mimo ogromnego upadku ludzkości pojawi się jakieś ziarenko, które w przyszłości może zakiełkować. Można się spodziewać, że w kolejnych tomach będzie jakiś bunt, próba odzyskania wolności albo przynajmniej sposób na przeciwstawienie się obcym.

Warto też pamiętać, że to pierwsza książka z planowanej większej serii — co najmniej trylogii. I to niestety mocno czuć. To jest bardziej początek sagi niż zamknięta, samodzielna historia.

Komu ta książka może się spodobać?

Ta książka może się spodobać przede wszystkim osobom, które lubią klasyczną space operę: odległa przyszłość, ludzkość gdzieś daleko, inne rasy, dziwne cywilizacje, ogromna skala wydarzeń.

Tych ras i dziwnych stworzeń jest tutaj sporo. Poznajemy je stopniowo, razem z głównymi bohaterami, którzy sami nie do końca wiedzą, kim są te istoty, co potrafią, czego chcą i czego można się po nich spodziewać. To trochę takie galaktyczne zoo, menażeria różnych obcych form życia. I akurat ten element mi się podobał, nawet jeśli moja ogólna opinia o książce jest raczej negatywna.

Podobało mi się też to, że główni bohaterowie są naukowcami. Ich rola w tej historii polega w pewnym sensie właśnie na nauce: obserwowaniu, analizowaniu, rozumieniu obcego świata i szukaniu rozwiązań. To jest ciekawy pomysł i być może w drugiej części zostanie lepiej wykorzystany.

Czy ta książka spodoba się osobom, którym podobała się „The Expanse”? Trudno mi powiedzieć. Mnie się nie podobała, mimo że „The Expanse” bardzo lubię. Ale znam osoby, którym podobała się i „Ekspansja”, i „The Mercy of Gods”. Więc możliwe, że moja negatywna reakcja jest po prostu bardzo osobista.

Komu ta książka może się nie spodobać?

Moim zdaniem ta książka może się nie spodobać osobom, które po „The Expanse” oczekują podobnego klimatu. „Ekspansja” była space operą, ale jednocześnie science fiction bliższego zasięgu — mniej więcej 200–300 lat od naszej rzeczywistości. Miała bardzo ciekawy setting: Ziemia, Mars jako osobna siła polityczna, Belterzy, napięcia między tymi grupami. To było odległe, ale nadal jakoś bliskie i konkretne.

Tutaj autorzy poszli w zupełnie inną stronę. To jest bardzo daleka przyszłość, odległa część galaktyki i dużo bardziej klasyczna space opera. Jeśli ktoś lubi takie historie o cywilizacjach walczących gdzieś daleko w kosmosie, to może być zadowolony. Ja jednak zdecydowanie bardziej lubiłem setting „The Expanse”.

Nie spodobało mi się też rozwiązanie narracyjne. W „The Expanse” rozdziały były bardzo wyraźnie pisane z punktu widzenia dwóch, trzech, czasem czterech bohaterów. Tutaj historia jest opowiedziana bardziej ciągiem. Perspektywy niby się zmieniają, ale literacko jest to, moim zdaniem, gorzej rozwiązane.

Bohaterowie są też dość nijacy. Trudno się z kimś mocniej zidentyfikować albo kogoś naprawdę polubić. Jedyna bardziej wyrazista postać to kobieta z depresją, która ma ciekawą relację z bratem, zawsze ją wspierającym. Z nią można się trochę bardziej związać emocjonalnie. Cała reszta wypada jednak dość płasko.

Największy problem miałem jednak z nastrojem tej książki. Dla mnie była po prostu bardzo, bardzo smutna. Kojarzyła mi się momentami z literaturą o Holokauście, obozach albo gułagach w sowieckiej Rosji — z ludźmi żyjącymi w totalnej beznadziei, w sytuacji, w której nic nie może im pomóc. Ta książka mnie przeciągnęła i zmęczyła emocjonalnie.

Jeśli ktoś szuka wyrazistych bohaterów, wartkiej akcji albo historii, która szybko wrzuca nas w sam środek wydarzeń, to tutaj może się rozczarować. To jest raczej wstęp do wstępu, powolne budowanie świata i przygotowanie gruntu pod kolejne tomy. Jeśli ktoś chce fantastyki bliższego zasięgu, też raczej tego tutaj nie znajdzie. To historia osadzona tysiące lat od teraz, w odległej części galaktyki.

Moja ocena

Moja ocena jest gdzieś między dwójką a trójką. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej skłaniam się do 2,5/5.

Największy zarzut: ta książka była dla mnie zbyt smutna. Drugi zarzut: bohaterowie są zbyt płascy. Trzeci: to bardzo wyraźny wstęp do większej sagi, a nie powieść, która sama w sobie daje dużo satysfakcji.

Moim zdaniem współczesne książki science fiction — tak jak pokazuje na przykład Andy Weir — dobrze działają wtedy, gdy od razu zaczynają się od konkretnej sytuacji, od wrzucenia nas w środek akcji, a ewentualne wyjaśnienia czy retrospekcje pojawiają się później. Tutaj mamy powolne budowanie świata, powolne pokazywanie bohaterów i dość długie przygotowanie do tego, co być może wydarzy się dopiero w kolejnych tomach.

Mam też wrażenie, że bohaterów jest za dużo. Wolałbym oglądać tę historię z perspektywy dwóch, trzech postaci, tak jak w „The Expanse”. Wtedy moglibyśmy lepiej poznać świat, ale też naprawdę przywiązać się do konkretnych ludzi. Tutaj jest ich więcej i przez to wielu z nich zostało potraktowanych trochę po łebkach.

Czy przeczytam drugą część? Tak, pewnie przeczytam. Wiele osób ją chwali, więc mam nadzieję, że moje rozczarowanie pierwszym tomem zostanie nagrodzone zachwytem nad drugim. Ale tego jeszcze nie wiem.

Na ten moment „The Mercy of Gods” / „Łaska bogów” to dla mnie książka z ciekawym pomysłem, kilkoma dobrymi elementami i bardzo dużym potencjałem, ale jednocześnie zbyt smutna, zbyt powolna i z bohaterami, którzy nie zostali mi w głowie tak, jak bym chciał.